Strasznie się pochorowałem…

Opublikowany Autor MamaDodaj komentarz

Maleństwo straszliwie się pochorowało. Leży w łózeczku i nie ma nawet siły wstać. Wczoraj byliśmy u lekarza. Powiedział, że to zwykła wirusówka i samo przejdzie. Dziś podczas kolejnej wizyty wymogłam badanie krwi, z którego wyszło, iż nie jest to żaden wirus a bakteria! Potrzebny był antybiotyk, a nie leki przeciwwirusowe…
W drodze do pediatry Maleństwo nie miało siłki nawet siedzieć w foteliku! Nie reagowało też na swoje imię… Muszę przyznać, że nie na żarty się przestraszyliśmy z Mężem. Chcieliśmy nawet jechac do szpitala, ale po namyśle stwierdzilismy, że jeśli uda się tego uniknąć, warto próbować. Nigdy nie wiadomo, jakie choroby byśmy przywlekli stamtąd. Nie wspominając, że pobyt w takim miejscu mógłby być dla brzdąca szokiem…
Tłumaczenie lekarza, że wszystko jest ok doprowadziło mnie do szewskiej pasji. Przez wysiedzenie i wyjęczenie wymusiłam w końcu dodatkowe badania. W końcu dziecko jest już chore od miesiąca na różne choroby. Lekarze twierdzą, że choruje „na żłobek”, ale dla mnie to średnie wyjaśnienie. Tym bardziej, że nie było w klubie maluszka od ponad miesiąca! Jakoś mam wrażenie, że wersja iż „nazbierało zarazków na miesiąc różnych niepowiązanych ze sobą chorób” jest trochę naciągana. Ale nie jestem lekarzem i jestem zdana na to, co mówią specjaliści…
Po badaniu krwi pediatra kazał przestać dawać wszystkie leki, które zostały wczoraj przepisane (nawiasem dodam: na które wydałam 100 zł!) i przepisał kolejne (na które wydałam kolejne 100 zł!). Nie chodzi mi oczywiście o pieniądze, bo wiadomo, że gdy choruje dziecko oddałoby się wszystko za jego wyzdrowienie. Chociaż jeśli ktoś zarabia najniższą pensję krajową jest to sporym problemem… Chodzi o totalną bezmyślność! Gdybym nie wyprosiła badań leczyłabym małego na coś, na co nie jest chory! Faszerowałabym dziecko kolejnymi lekami, które z założenia nie mogłyby być skuteczne, bo są na coś innego! Nie wiem jak Wy, ale czasem czuję się u lekarza jak w supermarkecie: klient, dobranie najczęstszego rozwiązania, następny proszę. Gdzie się podziali lekarze z powołania, którzy angażują się w leczenie pacjenta? Tacy, jakich pamiętam z własnego dzieciństwa…
Kolejnym problemem, który zapewne znacie jest dostępność lekarzy. Obok domu mam nzoz działający również w ramach NFZu. Najczęściej udaje mi się zapisać chore Maleństwo na… za tydzień! Czyli na kontrolę… Na realną pomoc w czasie choroby nie mogę z ich strony liczyć. Dodatkowo jestem pacjentką Medicover. Dwa lata temu byłam bardzo zadowolona z ich usług. Ostatnio przydarzyła mi się analogiczna sytuacja: wizytę umówiono na za 4 dni… Spytałam, czy lekarz przyjmie dziecko, które ma ponad 39 stopni gorączki poza kolejką. „Nie”. W takim razie czy mogę przyjechać i spróbować porozmawiać z lekarzem. „Nie, to nie ma sensu. I tak go nie przyjmie”. Chyba muszę się dowiedzieć, jakie prawa mają młodzi pacjenci w tym kraju bo to wszystko wydaje mi się niedorzeczne!

Tymczasem już po pierwszej dawce antybiotyku Maleństwo spróbowało usiąść. Po drugiej siedziało z 15 minut. Chyba pomaga… W końcu to duży sukces, bo do tej pory tylko leżało…

[dzieciennik_plugin_related_posts columns="4" post_type="post" posts_per_page="4" post_thumbnail_size="medium" view="grid" ]

Dodaj komentarz